Aktywnie.

Bywam aktywna, nawet to lubię, ale tylko gdy jest po mojemu.

Nigdy nie byłam typem dziewczyny, która boi się złamać paznokieć czy rozedrzeć spodnie na kolanie. Wyrosłam na osiedlu, między chłopakami. Choć jestem osobą wrażliwą, a czasami wręcz miękką mam na prawdę twardy tyłek. W tym poście chciałabym, przybliżyć Wam jak to się stało, że zaczęłam w domu zbierać sprzęt do ćwiczeń, poczynając od maty i piłki, a kończąc na różnych rodzajach gryfów i ponad 100 kg obciążenia.

Za dzieciaka jak to na osiedlu kopało się w piłkę, kopało się w śmietnik, czasami kopało w kolegę. Często z jakiegoś powodu, czasami powodem był brak powodu. Powód ogólnie mógł być różny, od szturchnięcia po niepodzielenie się landrynkami. Zasady były proste, byle nie w szczepionkę. Lubiłam to, niekoniecznie natomiast lubiłam lekcje wychowania fizycznego. Jakoś ciężko było mi pojąć to, że ktoś mi mówi w co mam grać, ogólnie nie lubiłam w szkole tego, że tłamszono moją indywidualność i coś mi narzucano. Bo niby czemu miałabym nie malować na lekcjach matematyki? Na szczęście w szkole średniej choć trafiałam na te nauczycielki, których zdjęcia panny wieszały sobie na lodówce, żeby zrzucić kilogramy przed studniówką, zostałam w końcu zrozumiana. Jako, że z matematyką nigdy nie było u mnie problemu, co po liceum skierowało moje kroki w stronę rachunkowości, dopóki miałam dobre stopnie mogłam na matematyce robić co mi się żywnie podobało.

Tyle o czasach szkolnych.

Później zaczęły się jakieś naloty na brzuszki, bieganie, znowu brzuszki, potem przysiady, żeby kolejny raz wrócić do biegania. Nie było diety, nie było planu, brakowało także konsekwencji i silnej woli. Zwyczajnie nie wiedziałam jak się za to zabrać.

Z czasem zaczęłam coraz regularniej biegać. Po co? Nie wiem. Wtedy myślałam, że dla kondycji, w ogóle nie zastanawiałam się nad tym, że mam około 170cm wzrostu przy wadze blisko 50 kg, a skutkiem przemierzonych km może być utrata masy. Ja tego nie chciałam! Ba! Chętnie złapałabym kilka kg. Muszę się przyznać, że był okres kiedy na prawdę polubiłam bieganie, czasami towarzyszył mi znajomy, wtedy było super bo mogłam zapuszczać się także w te nieciekawe części mojego małego miasta i kręcić dystansy nawet do 10 km. Czasami jakaś koleżanka złapała bakcyla na raz czy dwa. Gdy już biegałam regularnie przyszły chłodniejsze dni (zima), a płuca, aż bolały od łykanego mroźnego powietrza. Stwierdziłam, że idę na siłownię, na bieżnię. Choć po cichu muszę przyznać, że bieganie szybko mnie męczyło. Zwalmy winę na mięśnie i proporcje włókiem szybko- i wolnokurczliwych. Ok?

To miała być moja pierwsza wizyta w tego typu miejscu, które przyznaję trochę idealizowałam, wyobrażałam sobie jak wejdę z ulicy pomiędzy pięknych i wysportowanych ludzi. Nic bardziej mylnego, moja sylwetka na tle innych nie wypadała źle. Miałam to ułatwienie, że sąsiad jest współwłaścicielem siłowni w moim mieście. Więc zapytałam jego córkę o to kiedy tata jest w pracy i tak to się zaczęło. Na start kupiłam karnet bez limitu wejść, a co! Od razu czułam jak mi obwody rosną.

Powiedziałam, że chcę biegać. Tylko nie umiałam odpowiedzieć co chcę osiągnąć, bo nie chciałam chudnąć, chciałam złapać kilka kilogramów, ale nie pustych, koniecznie w postaci mięśni, a najlepiej jeszcze usportowić sylwetkę. Tak chciałam przytyć jednocześnie biegając. Serio, serio, taki byłam geniusz. Na szczęście Marcin z siłowni SkyLine przekonał mnie, żebym spróbowała treningu siłowego. Zakochałam się w wysiłku, ciężkiej pracy, a z pomocą trenera ułożyłam plan, który później modyfikowałam pod siebie. Początkowo trenowałam co drugi dzień, dużą plus małą partię i tak raz robiłam plecy+triceps, raz klatkę i biceps, żeby innego dnia robić nogi i pupę razem z barkami. Szło fajnie, a ja się wkręcałam. Zaczęło się uważanie na to co jem, częstsze treningi, czasami dwa w ciągu dnia, nowe zajęcia (crossfit, a nawet taniec). Po pewnym czasie usłyszałam, że przy tak intensywnych treningach (nie zauważyłam kiedy stały się intensywne) powinnam zacząć stosować suplementy. Chodziło głównie o aminokwasy zwykłe i BCAA. Ćwiczyłam codziennie, na siłowni i poza nią, pilnowałam diety, efekty pracy były widoczne bardzo szybko. Drażniło, gdy ktoś mówił, że mam dobre geny, dobrego to ja miałam kopa do ciężkiej pracy! Zdarzało mi się liczyć kalorie, miałam w kuchni oddzielną szafkę na „szejkery”, suple, witaminy, zainwestowałam w wagę, która pozwalała mi węgle i białko dawkować co do grama. Siłownia trafiła w idealny okres w moim życiu, kiedy to zamknęłam działalność gospodarczą, a pracy jeszcze nie szukałam. Mogłam pozwolić sobie na 100% oddania.

Jednak jako, że nie samym sportem człowiek żyje zatęskniłam za kieratem wstawania rano, malowania się zawsze tak samo i siadania przed monitorem na o zgrozo 45-52 godziny tygodniowo. Dodatkowo zaczęłam pracować poza swoim miejscem zamieszkania i chcąc chodzić na siłownię musiałabym zawiesić życie prywatne na kołku. No i brakłoby czasu na moje milion pasji. Na początku przestałam ćwiczyć, ale wytrzymałam dosłownie moment. Potem zaczęły się jakieś ABS’y, piłka, małe hantelki (miałam w domu tylko 4 i 6 kg), ale ciągle to nie było to. Marzyłam o przysiadach ze sztangą, ćwiczeniach z większym obciążeniem. Pękłam. Zamówiłam gryf prosty, lekko łamany, małe gryfy do hantelek i ponad 100kg obciążenia. Niestety przed remontem nie mam gdzie wstawić ławeczki, ale dla chcącego nic trudnego. Ćwiczę co prawda nie tak intensywnie, ale zwracam uwagę na to co jem, korzystam z suplementów (na tyle na ile to konieczne) i widzę efekty. Teraz dodatkowo odstawiłam gluten (niemalże w 100%) i mocno ograniczyłam nabiał. Przyznaje, że nie łatwo jest pilnować tego wszystkiego na raz, ale z czasem jakoś robi się to z automatu, a i ja już tak bardzo się nie spinam. Sportowcem nie zostanę, a to co robię, robię dla siebie.

Fajki też odstawiłam na dobre, koniec popalania, żadnego pojedynczego dymka.

Ćwiczycie?

 

Udostępnij wpis na Fejsie
  • M.

    I gdzie ten zapał się podział co? ;)